Kim jesteśmy? - TajemnicaMilosci.pl - mapa odkrywania prawdziwego szczęścia i pokoju serca

Tajemnice miłości

Newsletter

Shoutbox

Ostatnia wiadomość: 3 years, 2 Miesiące temu
  • CNotic: :D:D:D:D
  • CNotic: Hmm..
  • singularis: Trzeba...


Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać tu posty.

Załóż konto, jeśli nie masz

Partnerzy

www.znajomapolonia.com - Polacy wierzący, otwarci na wartościowe znajomości;

www.kjb24.pl - "Któż jak Bóg" (dwumiesięcznik o aniołach i życiu duchowym).

Logowanie



Najnowsze komentarze

Kim jesteśmy?
Kim jesteśmy?
Odkryłem powołanie do walki duchowej - Michał PDF Drukuj Email

    Od maleńkości wychowywany byłem przez rodziców w wierze katolickiej - codziennie odmawiałem pacierz, chodziłem w niedzielę z braćmi i rodzicami do kościoła – jednakże nijak to się miało do mojego codziennego życia. Miałem mleko pod nosem, życie moje było materialnym rajem - otrzymywałem wszystko, o cokolwiek poprosiłem (mogłem nawet tulić się do rodziców, kiedy tylko chciałem). Oni żyli w przeświadczeniu, że mnie prawdziwie kochają, a ja byłem święcie przekonany, że na takie życie zasługuję i że to prawdziwie buduje moje męskie serce. Nic bardziej mylnego!

    Cała ta iluzja mogłaby tak trwać i trwać, a ja do późnej starości żyłbym w przekonaniu, że:

„Jestem dobrym człowiekiem i niech mi tylko ktoś spróbuje powiedzieć, że jest inaczej... to będzie zwykłym kłamcą, kimś kto po prostu się na mnie uwziął - na mnie, biednego Michałka... chlip, chlip... Oh, jaki ten świat niesprawiedliwy. Nie docenia się dziś ludzi tak szlachetnych i kochanych, nikomu nie robiących krzywdy... tak porządnych, tak wielce przyzwoitych na tle dzisiejszego świata!”.

    Mniej więcej taką opinię miałem o samym sobie. Jakże daleką od prawdy, gdyż widzianą tylko moimi oczami, tudzież oczami sąsiadów, którzy na co dzień widzieli mnie z ulizanymi włoskami, skromniutkiego z zewnątrz (a w rzeczywistości wystraszonego, bo nie świadomego swojej wartości - tego, co jest moim faktycznym celem tu na Ziemi). Dorastałem w przekonaniu, że żyje się po to, aby odpoczywać - że moje życie powinno składać się z jak największej liczby przyjemności. Powiedzmy wprost - byłem po prostu wypasionym egoistą, wpatrzonym jedynie we własne potrzeby, pełnym oczekiwań co do innych... Odbierałem życie jako coś, co mi się należy - chcąc żyć tak, aby się nie narobić i być na maksa szczęśliwym. Plan "doskonały". Szczególnie, gdy ma się kasiastych rodziców, których celem jest harować na okrągło dla swoich dzieci, aby one przypadkiem się nie przepracowały - by dzięki temu były szczęśliwe i nie musiały w życiu rozpychać się łokciami, tak jak niegdyś oni sami. Brzmi bajecznie, lecz na brzmieniu się kończy. Efekty takiego wychowywania widzimy dziś w "kulturze zachodniej" (np. w USA, Niemczech, Austrii, Holandii, Szwecji czy Francji).

    W przypadku mojej rodziny (i wielu innych polskich rodzin, jakie znam) nic dobrego ta iluzoryczna droga do szczęścia nie przyniosła, a wręcz doprowadziła do upadku psychicznego, duchowego, a w konsekwencji również fizycznego. W efekcie nadopiekuńczości ze strony rodziców, ja i moi bracia nie mieliśmy nawet ochoty się szczerze uśmiechnąć. Byliśmy wiecznie niezadowoleni, gdyż stale nam czegoś brakowało. Nie potrafiliśmy cieszyć się z małych rzeczy. Chcieliśmy mieć coraz to nowe rozrywki - a najlepiej takie, w których to inni by nas zabawiali. Wszelka nasza radość była "mechaniczna": jeśli dostaliśmy zabawkę, to życie jest okej, a gdy nie dostaliśmy, czego chcieliśmy, to rodzice są "niedobrzy", a świat brudny, szary i niesprawiedliwy...

    Halo, ale nie myśl sobie, że to dotyczyło tylko okresu „dziecięcego”. Takie myślenie utrwaliło się na tyle mocno, że nawet będąc na studiach byliśmy z braćmi wewnętrznie przekonani, że postępowanie takie jest normą, że nie ma w tym nic dziwnego. Pamiętam, że spotykałem na swej drodze ludzi (w różnym wieku), którzy mieli naprawdę niewiele – potracili rodziców, brakowało im kasy itp. – a byli autentycznie szczęśliwi, weseli, uśmiechnięci, bezproblemowi. Pamiętam, że nie potrafiłem sobie tego wówczas logicznie wytłumaczyć, byłem zszokowany, zbity z tropu.

    Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że ja tak bardzo nie umiałem kochać (ani siebie, ani drugiego człowieka, a już tym bardziej Boga). Definicja miłości, jaką wyznawało wówczas moje serce, była tak żałosna, że jak o tym pomyślę, to chce mi się płakać. Nawet mój egoizm, który opierał się na jak najlepszym traktowaniu siebie, nie miał nic wspólnego z prawdziwą miłością. A co tu mówić o miłości do drugiego człowieka. Nie potrafiłem zatem kochać ani siebie, ani bliskich mi ludzi, którzy naprawdę chcieli dla mnie dobrze.

    Z racji tego, że nie umiałem znaleźć miłości w sobie ani w mojej rodzinie, zacząłem jej szukać "na siłę" w drugim człowieku. Powszechnie mówiło się, że seks jest ucieleśnieniem miłości. To mi pasowało! To było to, czego jeszcze nie przeżyłem! Co więcej, pasowało mi to do muzyki, jaką namiętnie wówczas słuchałem: hip-hop, r&b, reggae itp. Muza ta wprost idealnie wpasowuje się w klimat. Zacząłem razem z kolesiami (ze środowiska koszykówki, którą uprawiałem kilka razy w tygodniu) chodzić na „czarne imprezy”. Tam poznawałem dziewczyny, z którymi nie było problemu pójść „do łóżka”. Miałem po kilka związków równolegle. Zacząłem także poznawać dziewczyny przez Internet – to było bowiem proste: szybkie, tanie, nieskomplikowane i mimo wszystko „bezpieczne”.

    Po pewnym czasie jednak znudziły mi się takie „łatwe” związki. Postanowiłem szukać dziewczyn z wartościami tj. takich, pośród których będę mógł znaleźć kandydatkę na żonę (paradoks: ja i małżeństwo... "niemowa chce śpiewać"). I tak, będąc którejś niedzieli na wieczornej, akademickiej Mszy Świętej, dostrzegłem kątem oka dziewczynę, która śpiewała w scholi. Bardzo mi się spodobała, więc postanowiłem bliżej zainteresować się tymi akademickimi spotkaniami oazowymi. W ramach tych spotkań stopniowo poznawałem ludzi z zupełnie innego klimatu. Szczególnie fascynujące były tamtejsze dziewczyny - wydawały się być o wiele dojrzalsze od tych, które dotychczas znałem. Po pewnym czasie w tego typu oazach zapoznawałem ludzi, którzy zapraszali mnie do wspólnot działających w różnych miejskich parafiach. Dzięki temu miałem okazje poznać kilka fajnych dziewczyn, z którymi wkrótce wszedłem w bliższe relacje. Związki te nie trwały jednak dłużej niż kilka miesięcy, co mimo wszystko było wyrazem mojej niedojrzałości.

    Być może cały ten marazm ciągnąłby się do dziś, gdyby nie to, że – w tych moich poszukiwaniach kandydatki na żonę – pewnego dnia trafiłem na akademickie spotkania czwartkowe, które odbywały się w jednej z salezjańskich parafii. Spotkania te prowadził bardzo uduchowiony kapłan (ks. Dominik), który przysposabiał studentów do wytrwałej walki duchowej. Uczył nas patrzenia na swoje życie oczami Jezusa Chrystusa, czyniąc to w sposób subtelny, a jednocześnie stanowczy i odważny. Trenował nas na wojowników Chrystusa (w myśl słów: "Jahwe nissi"). Trudno jest szczegółowo opisać to, co ze spotkania na spotkanie przeżywałem głęboko w swoim sercu. Jedno jest pewne: stopniowo dojrzewałem wewnętrznie, ucząc się "nazywania rzeczy po imieniu" (co jest w życiu faktycznie dobre, a co złe).

    Szczególnym momentem podczas spotkań czwartkowych była modlitwa serca, którą ks. Dominik prowadził w sposób bardzo charyzmatyczny. Spotkania odbywały się przy śpiewach oraz grze na gitarze, bębnach, czy pianinie. Niezwykłe były również homilie, których przekaz pobudzał serca słuchaczy do duchowej walki (praktykowania miłosiernej Miłości). Stopniowo rodziło się w moim sercu przekonanie, że prawdziwe szczęście jest "na wyciągnięcie ręki" (a dokładniej: we wnętrzu mojego serca). Odkryłem wewnętrznie, że tylko od mojej decyzji zależy to, czy będę w życiu szczęśliwy – całą resztę zrobi Bóg (mój Ojciec), który w każdej sekundzie naszego życia z Miłością kołacze do serc wszystkich ludzi (Jego dzieci), bez względu na nasz poziom wiary, nie patrząc na nasze grzechy, przewinienia, głupoty, jakie w życiu narobiliśmy. Moje spojrzenie na świat i drugiego człowieka, poczęło odmieniać się ze spotkania na spotkanie – zupełnie, jakby jakaś Niewidzialna Ręka podmieniała mi szkła w okularach tak, że coraz wyraźniej stawiałem swoje życie w prawdzie. Można śmiało powiedzieć, że łaska Boga dosięgnęła mojego serca – ostra jak brzytwa strzała przeszyła moje serce, powodując łzy, wzruszenie i coraz głębsze przemyślenia (za dnia i w nocy). Za tym wszystkim poszła również określona praktyka modlitwy sercem, która wymagała ode mnie znalezienia w ciągu dnia przynajmniej tych 10 minut zupełnej ciszy, zamknięcia się na otaczający świat (z początku, cóż za mordęga!). A więc już nie klepałem bezmyślnie „paciorków”, tylko w świadomości własnego serca rozpocząłem systematyczny dialog z mym Stwórcą. Od tak wielu lat Bóg Ojciec czekał na każdą chwilę spotkania ze mną.

    Słuchajcie, odżyłem! Choć przez pierwsze tygodnie rodzina, dziewczyna i przyjaciele patrzyli na mnie jak na dziwaka. Wszyscy pomstowali – rugali mnie, że przesadzam: "A po co to wszystko? Skąd takie zmiany? Idź lepiej na księdza", itp. Nie było łatwo, lecz z biegiem czasu rodzina zwróciła uwagę na wiele pozytywnych zmian w moim życiu. Wytrwale dzieliłem się z nimi swoimi przemyśleniami, co pomogło rodzinie lepiej zrozumieć sens i kierunek drogi, którą podążam. Obecnie, w gronie bliskich mi osób, sytuacja całkowicie się unormowała. Najbliżsi dostrzegli w moich działaniach większą wartość i zaczęli podążać tą samą drogą, dostosowaną do swojego życia.

    Dziś już wiem, skąd pochodzę i dokąd zmierzam. Odkryłem na nowo swe życiowe powołanie.


Michał

Dodaj do:

naszaklasa    Digg    twitter    Facebook    Wykop    Gwar
 

Komentarze  

 
+2 #13 2015-05-06 01:38
ja ponieważ z moim kregosłupem nie było najlepiej to się modliłem żeby mnie nie bolał kręgosłup wogóle żeby był sprawny zupełnie i w trakcie kiedy ksiądz podnosił hostię poczułem jak by ktoś mi przestawił krąg w kręgosłupie (działanie Boga) a później kiedy klęczałem to siła Boska nachylała mnie ku ziemi podczas klęczenia (jak by ktoś patrzał z boku to wyglądało to tak jak by ktoś mnie klęczącego popchnął rękami traciłem przy tym równowagę ale nikt mnie nie popychał tylko Pan Bóg wymagał większego pokłonu

pozdrawiam
Michał
Cytować
 
 
-8 #12 2013-04-19 21:27
"Homeopatia - NIE!"
Pani Małgorzato, interesujący artykuł. Jest Pani na dobrej drodze, jednakże musi Pani trochę szerzej otworzyć oczy. Podejrzewam, że nauczyła się Pani nie ufać wszystkim ludziom, szczególnie, jeśli ich czyny jednoznacznie identyfikują zło. Ja również zachęcam do lektury. Proszę przeczytać Biblię, uważam, że każdy Chrześcijanin powinien uważnie ją przeczytać. Jeśli coś wyda się nie do końca zrozumiałe, proszę poprosić o pomoc. Proszę też zainteresować się historią (kim byli założyciele poszczególnych kościołów protestanckich, jak modyfikowali Pismo Święte, itd.). Proszę wyraźnie przeczytać Dekalog w Biblii oraz Katechizmie, proszę porównać. Proszę zainteresować się też innymi cytatami, proszę skoncentrować się też jakie charaktery i czyny ludzkie są potępiane przez Jezusa i Jego Ojca. Piszę to, bo wielu ludzi jest nieświadomych, że są zwodzeni i nie wiedzą, że kłanianie się wizerunkowi matki Jezusa jest nieposłuszeństw em wobec Boga, czyli grzechem niepodważalnym.
Cytować
 
 
+1 #11 2013-02-11 11:41
Gdyby można było zmienić hasło widniejące na obrazku tytułowym: "Twoje szczęście ukryte jest w Tobie".... na "Twoje szczęście jest W BOGU"!

Odkryłam stronę dzięki poleceniu przyjaciółki, jestem pod wrażeniem. Wspaniała inicjatywa!
Brakuje mi tylko częstszego wspominania Imienia Boga zamiast "ISTOTY"...
Cytować
 
 
+2 #10 2012-10-20 20:31
Cytuję Monika:
Kiedy jest za dużo walki i charyzmatyków... przechodzenia na protestantyzm... kariera zamiast krzyża... to dalej od Miłości. Miłość to potęga większa niż ten świat. Trzeba kochać i nie bać się cierpień, przeciwności, szatana. Zresztą tylko taka Miłość daje szczęście. BÓG to Miłość czysta i potężniejsza od tego świata i śmierci. Pozdro!


Przecież jesteśmy Ecclesia Militans, Kościół Wojujący. :) To prawda, że to źle, gdy ktoś przechodzi na protestantyzm. Nie rozumiem jednak, co złego jest w charyzmatykach.
Tej strony nie znam, ale chyba się przyjrzę :)
Liczba dopuszczalnych znaków w komentarzu jest mniejsza, niż napisano :)
Pozdrawiam!
Cytować
 
 
-1 #9 2012-10-13 21:58
Moim zdaniem, walka nie jest potrzebna tym, którzy prawdziwie kochają Boga, bo szatan boi się Świętych. Powstało dużo wspólnot i rekolekcji, gdzie Panem jest lew, a nie Chrystus - który przecież jest potęgą i Słowem Prawdy (stwórczym, pełnym mocy, działającym w duszach).
Uważajcie, czego słuchacie. Polecam Psalm 91 i Hymn do Ducha Świętego "O Stworzycielu, Duchu przyjdź". Przyjdź dla oczyszczenia.
Kiedy jest za dużo walki i charyzmatyków... przechodzenia na protestantyzm... kariera zamiast krzyża... to dalej od Miłości. Miłość to potęga większa niż ten świat. Trzeba kochać i nie bać się cierpień, przeciwności, szatana. Zresztą tylko taka Miłość daje szczęście. BÓG to Miłość czysta i potężniejsza od tego świata i śmierci. Pozdro!
Cytować
 
 
+9 #8 2012-08-19 21:58
Witajcie,
ciekawe, myślę, że może przynieść dużo dobra, ale DLACZEGO NIE MA W TYM TEKŚCIE ANI RAZU IMIENIA JEZUS?!!! Przecież w żadnym innym nie ma zbawienia!
Cytować
 
 
+2 #7 2012-07-15 22:08
Aaa... i dział o Walce, uzbrojeniu i całym zapleczu wojownika. Bardzo mądre i prawdziwie rozbudzające do walki porady. Trzeba przecież jakoś o tym opowiedzieć!
A to, że sama jestem z natury wojowniczką skłania mnie do tego, że wyciągnę z szafy mój "sztylet" i zaraz zacznę go polerować, dzięki chłopaki.
Cytować
 
 
+1 #6 2012-07-15 21:53
Właśnie wpadłam na ta stronę przypadkowo z wyszukiwarki - bo nijaki Kuba opisał tu coś, co mnie interesowało. Jednak odsłona... "kim jesteśmy" spodobała mi się do tego stopnia, że na pewno sobie ją zapiszę i tu wrócę. Pozdrawiam!
Cytować
 
 
+1 #5 2012-02-09 20:45
Moje zdanie: wiadomo, jaka była historia kościoła... nie wszystko w niej było dobre i takie jak być powinno i ze względu na to uważam, że nie powinniśmy "uznawać" tylko tego, co ktoś nam każe... Każdy ma swoje serce, swój umysł i dzięki modlitwie, jeśli Bóg pozwoli- sami dojdziemy do tego, w co wierzy każdy z nas. Nie ma niczego złego w czytaniu rzeczy nieuznawanych przez kościół, bo samo przeczytanie nie znaczy, że nagle porzucimy wszystkie rzeczy, w które wierzyliśmy wcześniej. Od jakiegoś czasu uczę się starożytnej greki. Sama, z własnej woli. Moja rodzina uważa, że marnuję czas- ja uważam wręcz przeciwnie... chcę poznać oryginalny tekst Pisma- to mój cel, i coraz częściej czuję, że to nie ja sama ten cel wybrałam... pozdrawiam.
Cytować
 
 
0 #4 Magda 2011-11-20 22:46
"Ze względu na uchylenie kanonu 1399 i 2318 dawnego Kodeksu Prawa Kanonicznego przez Papieża Pawła VI w roku 1966(AAS 58/16)nie ma już zakazu publikowania nowych objawień, wizji, proroctw, cudów itp. Nie obowiązuje już odtąd zakaz ich rozpowszechnian ia bez imprimatur Kościoła." Może to dlatego zostało uchylone, że żyjemy w czasach ostatecznych? Co do objawień pani Vassuli, to koresponduje z kardynałem Ratzingerem, nie potwierdził ani zaprzeczył ich autentyczności, ale powiedział, by je publikowała, razem z korespondencją z nim. Co ciekawe, że wielu ludzi się dzięki nim nawraca i zbliża do Pana Boga.
Cytować
 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

© 2010 Redakcja wortalu TajemnicaMilosci.pl

Kim jesteśmy? - TajemnicaMilosci.pl - mapa odkrywania prawdziwego szczęścia i pokoju serca