Księżniczka Rut: SCENA II - TajemnicaMilosci.pl - mapa odkrywania prawdziwego szczęścia i pokoju serca

Tajemnice miłości

Newsletter

Shoutbox

Ostatnia wiadomość: 3 years, 1 Miesiąc temu
  • CNotic: :D:D:D:D
  • CNotic: Hmm..
  • singularis: Trzeba...


Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać tu posty.

Załóż konto, jeśli nie masz

Partnerzy

www.znajomapolonia.com - Polacy wierzący, otwarci na wartościowe znajomości;

www.kjb24.pl - "Któż jak Bóg" (dwumiesięcznik o aniołach i życiu duchowym).

Logowanie



Najnowsze komentarze

Księżniczka Rut: SCENA II PDF Drukuj Email
wtorek, 13 października 2009 22:46


czwartek, 17 września 2009 r.

Prawdziwe powołanie

    Zawsze byłam przekonana, że ja jako kobieta, posiadam najbardziej szczytny życiowy cel z możliwych – mieć wspaniałą rodzinę, spełniać się jako żona i matka. I tak oto pod wpływem wyjątkowego wywiadu z o. Józefem w numerze 9/2009 miesięcznika List* moje przekonanie o powołaniu zupełnie uległo zmianie.

    Ten niezwykle mądry i doświadczony Jezuita ustawia priorytety w odpowiedniej kolejności i pokazuje wyraźnie konsekwencje grążącej nam nierównowagi. Tyczy się to szczególnie kobiet, które tak jak ja do tej pory poszukiwały sensu życia w bezgranicznym ofiarowaniu siebie mężowi i dzieciom. Nie widziałam w takim podejściu nic złego, lecz paradoksalnie w swoich wyobrażeniach przeczyłam pierwszemu przekazani. Złe wydawało mi się upatrywanie sensu życia w karierze i pieniądzach, lecz moje marzenia były w pewnym sensie bardzo zbliżone. Bowiem tak jak prestiż i uroda tak i rodzina i mąż są „z tego świata” i należą do Boga. On dysponuje nimi bez reszty decydując o tym czy i kiedy się urodzą, oraz kiedy odejdą. Jako osoba uduchowiona nie mogę więc poszukiwać sensu życia w „czymś” co jest ulotne. Nie mogę poświęcać się temu i ofiarować bez reszty, bo gdy tego zabraknie utracę własną tożsamość, która została mi dana i uświęcona.

    Dlatego też Ojciec Józef prosi, by zwracać swój wzrok ku Bogu i poświęcać się dla niego. Dążyć i udoskonalać się dla Tego, który zawsze winien być na pierwszym miejscu. Wszystko inne co nam Pan daje, (rodzina, zdrowie, kariera i uroda) służy wyłącznie jako środek do uświęcania się i wielbienia jedynego Stwórcy. Dzięki takiemu nastawieniu można zachować spójność i równowagę nie pokładając nadziei i co ważniejsze – celu swego życia w ulotnych, acz wzniosłych celach.
 
*Kobieta ma mieć swoje życia, o. Józef Augustyn, List, wrzesień 2009 nr 9, wyd. Stowarzyszenie Ewangelizacji przez Media LIST.

____



sobota, 19 września 2009 r.

    Jest pewna cecha wspólna między ludźmi, którzy są w jakiś sposób nieszczęśliwi. Mają pretensje do innych osób/życia/losu/Boga (niepotrzebne skreślić), że ich sprawy potoczyły się tak, a nie inaczej i że są w takim, a nie w innym punkcie. Mają pewną wizję tego, jak powinna wyglądać ich sytuacja lecz głęboko wierzą w to, że oddziaływanie zewnętrzne sprawia, że nic co sobie zamierzą, nie może dojść do skutku. Na ile takie zarzuty są prawdziwe – nie wiem. Będą, kiedy mamy do czynienia z osobą w jakiś sposób pozbawioną wolnej woli, choć w dzisiejszym świecie ciężko mówić o instytucji niewolnika. Każdy z nas zależy od kogoś i od czegoś i jesteśmy w nieprzerwanej interakcji ze środowiskiem zewnętrznym. Zawsze musimy brać to pod uwagę. Jednak to nie jest tak, że to „coś” podejmuje za mnie decyzje. Jest o podejście w pewnym sensie wygodne, ponieważ zrzuca całą winę „poza mnie” i stawia w świetle ofiary, pokrzywdzonej i pozbawionej aktywnej woli. I tu się pojawia uśmiech na twarzy, bo przecież oprócz małych dzieci ciężko odnaleźć kogoś kto nie ma wpływu na swoje życie. A jednak mimo to często i my stawiamy się w takim świetle wobec zdarzeń dnia codziennego.


    Postanowiłam, że będę chodzić na basen, ale mój szef utrzymuje mnie dłużej w pracy i nie mogę znaleźć czasu na pływanie. Zamierzałam pisać magisterkę, ale zamknęli mi bibliotekę na wakacje i nie mam skąd wziąć materiałów. Pokłóciłam się z chłopakiem, bo on był zaborczy i nieustępliwy. Takich przykładów jest setki, a co najmniej kilka dziennie i to u większości z nas, również niestety we mnie. Rozkładam nieraz ręce nie z bezsilności, ale z mentalnej zgody na lenistwo. A prawda jest taka, że jestem człowiekiem stuprocentowo wolnym, a to co daje mi wolność nie jest materialne. To poczucie że mogę podejmować suwerenne decyzje i oznacza to również, niestety – że muszę ponosić za nie konsekwencje. Wykorzystuje moją wolność gdy jestem aktywna i rozważna. Nieustannie myślę jak sprawić by moje życie było lepsze (jakościowo). Analizuje i przewidują możliwe problemy zewnętrzne i jeśli coś mi nie wyjdzie, będę wiedziała, że zrobiłam wszystko co mogłam aby iść do przodu. Życie nie jest rzeczownikiem, jest czasownikiem.

____



środa, 23 września 2009 r.

    Ostatnio zaskoczyło mnie stwierdzenie, które padło w jednym z przeglądanych artykułów prasowych. Poczułam się zmieszana, że dotąd nie uświadamiałam sobie tak podstawowej rzeczy. Zdanie to dotyczyło jednego z najpopularniejszych przykazań jakie daje nam Bóg – miłuj bliźniego swego jak siebie samego. Do niedawna było to dla mnie tak proste i zrozumiałe sformułowanie (jak mało co w Biblii), że jakakolwiek próba kontemplacji tego stwierdzenia zdawała się być zbędna. A jednak i w tym prostym zdaniu znajduje się ukryty sens, który bardzo rzadko jest poruszany zarówno przez innych ludzi jak i wśród przedstawicieli Kościoła.

    Samo już miłowanie bliźniego (każdego) nie jest łatwe. Zazwyczaj selektywnie dobieramy sobie kogo kochać. a kogo trzymać na dystans, lub w ogóle nie znać. A tu przychodzi sam Bóg i mówi – nie, nie, Justynko, Kasiu, Pawełku – Ty będziesz kochać wszystkich i to miłością jednakową. Jakie to trudne! Szczególnie, że miłować trzeba aktywnie i to nie w znaczeniu „nie szkodzić”. I jakby trudu było mało – okazuje się, że w drugim członie przykazania czeka na nas jeszcze jedno wyzwanie, nie mniej trudne. „…jak siebie samego” mówi Jezus. I tu zaczynają się schody, bo to oznacza, czytając zdanie wspak, że tylko wtedy, gdy prawdziwie kocham samą siebie, jestem w stanie kochać innych. Jeszcze inaczej mówiąc – nie kochając siebie nigdy nie pokocham innej osoby. Trzeba więc zacząć od siebie. A czy ja kocham siebie? A czy wiem co to znaczy kochać? To nie jest amerykańskie I love you, ani to co zdaje się widzieć na serialach. O miłości najpiękniej pisze św. Paweł w pierwszym liście do Koryntian. To jest ta niedościgniona w praktyce definicja do której usilnie powinniśmy dążyć zarówno wobec innych jak i co ciekawe – wobec samego siebie.

    „Miłość cierpliwa jest, (…) nie pamięta złego”. Czy jestem wobec siebie cierpliwa, czy przebaczyłam sobie swoje błędy? Święty Jan Kasjan pisał „dopiero wówczas uważajmy nasze dawniejsze grzechowe zarazy za odpuszczone, gdy z serca naszego znikną (…)”. A my poprawiamy Pana Boga i po spowiedzi często wewnętrznie zachowujemy odrazę do siebie i wciąż biczujemy się za błędy. To jest właśnie brak miłości wobec siebie. To jest brak, który zuboża nas w relacjach z innymi. Jeśli więc mamy problem z akceptacją samego siebie, swoich błędów i niedoskonałości – nie będziemy w stanie zaakceptować ich u innych osób. Tak rozpadają się małżeństwa, walą przyjaźnie i powstają patologie. Wniosek – kochajmy SIĘ.

____



niedziela, 27 września 2009 r.

    Kiedy idę do kościoła i widzę te niezmordowane rzesze „babć”, to pierwsze co uderza, to ich liczba. Skąd ich tyle i dlaczego akurat tu? Rozumiem, że są starsze, samotne, niepracujące, ale jest tysiąc innych miejsc gdzie mogłyby zabić nudę i spotkać się ze znajomymi. A jednak – większość z nich wybiera Kościół jako lekarstwo na stare lata.

    Kościół jest prawie zawsze otwarty, bezpłatny, pełen podobnych ludzi, cichy i ładny – zupełnie tak jak park czy działka. A jednak nie zupełnie, bo jest coś, co sprawia, że szczególnie przyciąga uwagę starszych ludzi. Jest miejscem kontemplacji śmierci i wielką nadzieją na odpuszczenie grzechów młodości w błogim spoczynku duszy. To miejsce uspokaja i przywraca sens w trudzie na tej ziemi. Przypomina o marności rzeczy doczesnych i ich przemijalności. To wszystko sprawia że Ci, którzy stoją u progu życia i śmierci znajdują tam swoje miejsce i chcą tam powracać. Podświadomie przygotowują się na przejście „na drugą stronę”.

    Człowiek który przeżył 70, 80 lat, może wiele powiedzieć na temat życia, jego sensu czy bezsensu. Popełnił cały pakiet błędów i rozwiązał drugie tyle problemów. Bez względu na czasy w jakich żył – zdążył wyciągnąć niezliczoną ilość wniosków i zapisać je w pamięci. Nie bez powodu najmądrzejsi z ludu nazywani byli niegdyś starszyzną. Dziś zapomina się o dziedzictwie jakie mogą przekazać nam dziadkowie. Ich reguły bardzo przewrotnie uważane są za przestarzałe i niedorzeczne.

    Idąc tym tropem, myślę że jest jeszcze drugie dno tej popularności Kościoła wśród najstarszych. Ludzie, którzy przeżyli całe swoje życie, można śmiało nazwać mądrymi i doświadczonymi. Jeśli więc taki człowiek wobec mnie – osoby młodej, studiującej - swoją postawą pokazuje, że w swoim niemal stuletnim życiu usilnie poszukiwał i nie odnalazł nic, prócz modlitwy i Kościoła, czemu pragnąłby poświęcić swoje ostatnie chwile, to ja się zatrzymuję i zastanawiam czy przypadkiem nie warto skorzystać z ich rady już teraz. Patrząc na te tysiące kobiet i mężczyzn pysznym byłoby stwierdzić „mnie się uda”.

    I tak w głębi duszy bardzo im współczuję, bo gdy mając 70 lat dochodzi się do takiego wniosku, to nie pozostaje nic innego jak umrzeć z pretensji do samego siebie za ten stracony czas roztargnienia i ślepoty. W ich duszach pewnie tkwią ogromne wyrzuty sumienia z którymi nie dałoby się żyć gdyby nie świadomość bezgranicznie miłującego i wybaczającego Boga.

    Zatrzymałam  się nad tym tylko w jednym celu – aby uwielbić Boga za to, że tą życiową mądrość dał mi poznać już dzisiaj, będąc u progu życia, nie śmierci. Życia w najlepszym tego słowa znaczeniu.  Mam mnóstwo czasu, by dążyć do doskonałości już teraz znając kierunek i kapitana. Mój okręt nie jest niezatapialny, ale wiem że z bożą pomocą dopłynie szczęśliwie do portu.


____



poniedziałek, 28 września 2009 r.

Krótka refleksja o uczynkach dobrych

    Czasem uda nam się zmienić złe nawyki, nastawić się na czynienie aktywnego dobra i powziąć słuszne praktyki. Ponieważ nie są to sytuacje częste, pierwsze sukcesy bardzo cieszą. Cieszą tak bardzo, że z czasem oddawanie się tym nowym dobrym uczynkom staje się wręcz naszym hobby. Czujemy się dobrze wiedząc, że jesteśmy komuś potrzebni i robimy coś jak najbardziej sensownego. No i fajnie.

    I tak trwamy w tej sielance czując wewnętrzną równowagę między ziemskim chaosem i zbawianiem świata. Nasz poziom zadowolenia rośnie. Ale czy o to właśnie chodzi? Czy celem naszym jest osiągnięcie maksimum przyjemności?

    Istnieje bowiem niebezpieczeństwo, że w tym „dobrym” co nam wychodzi, utkniemy uciszając wyrzuty sumienia (to, co czasem odzywa się tam w środku i gada zupełnie odwrotnie niż powinno). Wpadniemy w pewien rodzaj stagnacji, zatrzymanie windy do nieba między 5 a 6 piętrem. Stoimy i nic się nie rusza. Nie rozwijamy się, nie celujemy w niebo, lecz zadawalamy się okruchami ze stołu.

    Każdy dobry uczynek jest godny pochwały, ale jest on tylko po to, aby nas ćwiczyć przezwyciężać samego siebie. Jeśli wyrzeczeniem było dla mnie pomaganie sąsiadce w sprzątaniu, a dziś nie mogę się doczekać kiedy do niej pójdę, bo zawsze po wszystkim częstuje mnie ciastem – nie można nazwać już tego wyrzeczeniem. Nie trzeba od razu rezygnować, ale warto poszukać zajęcia, które nie sprawia mi przyjemności i jest zdecydowanie poświęceniem. To właśnie dzięki takim czynom przychodzi satysfakcja i hard ducha, siła i konsekwencja.


____


KONIEC SCENY II

Dodaj do:

naszaklasa    Digg    twitter    Facebook    Wykop    Gwar
Poprawiony: wtorek, 01 grudnia 2009 22:23
 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

© 2010 Redakcja wortalu TajemnicaMilosci.pl

Księżniczka Rut: SCENA II - TajemnicaMilosci.pl - mapa odkrywania prawdziwego szczęścia i pokoju serca