Księżniczka Mii: KSIĘGA VI - TajemnicaMilosci.pl - mapa odkrywania prawdziwego szczęścia i pokoju serca

Tajemnice miłości

Newsletter

Shoutbox

Ostatnia wiadomość: 3 years, 1 Miesiąc temu
  • CNotic: :D:D:D:D
  • CNotic: Hmm..
  • singularis: Trzeba...


Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać tu posty.

Załóż konto, jeśli nie masz

Partnerzy

www.znajomapolonia.com - Polacy wierzący, otwarci na wartościowe znajomości;

www.kjb24.pl - "Któż jak Bóg" (dwumiesięcznik o aniołach i życiu duchowym).

Logowanie



Najnowsze komentarze

Księżniczka Mii: KSIĘGA VI PDF Drukuj Email
wtorek, 01 grudnia 2009 21:00


Poniedziałek, 2 listopada 2009 r.

Groby

Nieustannie przekonuję się, że nie wolno mi przyzwyczajać się ani do rzeczy, ani do ludzi. Kiedy już myślę sobie, że zawiązałam z kimś trwałą i niezmienną więź, nagle okazuje się, że sytuacje życiowe zmieniają wszystko i wywracają mój świat do góry nogami. Wtedy muszę jak biblijny Job uznać: Bóg dał i Bóg zabrał. Niechaj imię Jego będzie błogosławione.


Przyzwyczaja mnie Bóg do nieustannej utraty;
dostaję przyjaźń: Bóg ją zmienia tak, że niby jest, ale jakby jej nie było;
wiem, że ktoś mnie kocha, ale sprawy toczą się tak, że na bardzo długo będziemy z dala od siebie i niemożliwe jest, by było inaczej.

Stoję nad grobami bliskich i myślę, że choć osoby, które najbardziej kocham, nadal żyją, to jednak wiele z nich już pochowałam, bo życie nas trwale rozdzieliło. Choć żyją, to ja opłakuję ich utratę bardziej, niż gdyby przykryła ich ziemia.

- - - -

Utrata żywych boli często bardziej, niż pochowanie umarłych.

Czasami śmierć nie rozdziela dwóch dusz tak bardzo, jak czynią to sprawy życia doczesnego. Można komuś za życia odprawić taki pogrzeb, że po nim będzie dla nas bardziej martwy, niż najbardziej zarobaczały trup na cmentarzu.

Można też siebie pochować.  Zupełnie niezauważenie i bezceremonialnie, można stać się człowiekiem umarłym, mimo ciągle bijącego serca, sprawnych narządów i zmysłów.

Ile trupów chodzi po tej ziemi…. Gdyby każdemu z nich przyczepić do czoła czerwoną lampkę, to przy wyłączonych wszystkich innych światłach na ziemi widać byłoby krwisty blask z odległego kosmosu.


Jadąc nieraz autobusem zastanawiam się, ilu spośród obecnych w nim ludzi jest w stanie łaski uświęcającej, a tym samym jest gotowych na śmierć.

- - - -


Ehh, ludzie chodzą na groby bliskich, zapalają znicze i niby rozumieją o co chodzi z tym zmartwychwstaniem, ale kiedy na mszy pierwszo-listopadowej przychodzi czas udzielania Komunii Świętej, to całe tłumy zostają na swoich miejscach, stojąc tyłem do ołtarza i wgapiając się w wypełnione śmiercią grobowce.


____



wtorek, 3 listopada 2009 r.

Brud

Dziś usłyszałam, że człowiek pyszny nigdy nie weźmie się za coś, w czym nie będzie idealny; nigdy nie pozwoli sobie na działanie skazane na potknięcia i upadki.

…przybyło mi ostatnio pokory.


Jednocześnie odczuwam wielką swoją słabość. Krzyczę w środku i modlę się tym krzykiem. Marudzę Bogu i się przed Nim denerwuję. Narzekam słowami, które przed puszczeniem w eter jakiegokolwiek nabożeństwa musiałyby przejść przez ostrą cenzurę przyzwoitości.


Przed Nim nie będę udawać ani się naprężać jak zakrawatowany pierwszoklasista na swojej pierwszej szkolnej akademii. Wolę prawdę syna marnotrawnego wracającego do domu ojca w łachach ubrudzonych świńskim gnojem.


Trzeba być zdesperowanym w miłości, żeby stawać w prawdzie i do tej prawdy się przyznawać.


- - - -

Swoją drogą zabawne, że patrząc Bogu w oczy potrafimy nieraz perfidnie zamiatać nogą brud pod dywan.


____



piątek, 6 listopada 2009 r.

Pogrzeb

Dziś dziadek mojej przyjaciółki miał pogrzeb….

Ciągle widzę jego uśmiechniętą twarz z iskrą szaleństwa w oku; jak zaciąga do domu kolejny mebel od sąsiada, który według jego filozofii był kolejnym ochronionym przed śmietnikiem skarbem.


Niesamowite jest to, że Bóg zabrał go do siebie w tak idealnym czasie. Nie wyobrażam sobie lepszego dla niego momentu odejścia. Będzie mógł wreszcie z pozycji siły wtargnąć w życie mojej przyjaciółki i zadbać o nią z góry tak, jak już tu na ziemi nie miałby szans. Wiem, że będzie tam z góry opiekował się nią, bo była nie tylko jego wnuczką, ale i pielęgniarką oraz przyjaciółką;

… mam nadzieję, że wśród łez, które cisną się jej teraz do oczu, widzi jasno i wyraźnie nadzieję, jaką niesie za sobą posiadanie w zastępach wszystkich świętych jednej, ale jakże bliskiej osoby … – w końcu dziadek zmarł w czasie, w którym najprostszym prezentem dla zmarłej duszy jest uzyskanie dla niej odpustu zupełnego.


- - - -

Boże, daj dziadkowi  spokój wieczny…
i dużo niebiańskich mebli,
oraz…. przestronne w niebie mieszkanie.


Amen


____



niedziela, 8 listopada 2009 r.

Do przyjaciela

Wyczuwam Cię jak skunksa, mój przyjacielu.

Wiem, co jest nie tak,
kiedy cierpisz, masz wątpliwości, boisz się,
coś Cię trapi i spędza Ci sen z powiek… choćbyś nic nie mówił.
Twoje milczenie jest dla mnie wymowne.
Wiele wiem, wiele doświadczam z Ciebie, choćbyś mi zamykał oczy lub robił uniki.

Znam Cię.

A tyle jeszcze przed nami… tak długa droga.

Za chwilę nowy zakręt, nowy zwrot akcji.
Od tego, co jeszcze niewidoczne, zależy tak wiele.
A jeśli tam jest rozwidlenie… w którą stronę pójdziesz?
Czy jeszcze kiedyś Cię spotkam, jeśli skręcisz nie tam, gdzie ja pójdę?


W słoneczny dzień, na ryneczku z piwnymi ogródkami, pod parasolem siedząc i pijąc napój przez słomkę, dojrzę Cię w oddali, jak w lnianej koszuli przestępujesz progi miasta, które będzie naszą oazą. Pomacham Ci ręką na powitanie,  a Ty z radośnie rozbrojoną miną pokarzesz mi klawiaturę swoich białych zębów i już po chwili będę grała na Twoim uśmiechu opowieścią o tym, co się działo, gdy byliśmy od siebie daleko.

Będziemy odczuwali rozkosz spełnionej tęsknoty i podniecenie przelewania myśli z serca do serca.

- - - -

A co, jeśli tam nie ma rozwidlenia? …


Wodospady,
cyprysy,
truskawki;
krzyże,
ciernie,
cmentarze;
twarze dzieci,
oczy wzruszone niewinnością,
płodne szczepy winne….


i one wszystkie nasze.


____



środa, 11 listopada 2009 r.

Obrazy

Mam w głowie kilka obrazów.

Siedzę w autobusie. Naprzeciwko mnie po przekątnej, przy oknie, siedzi mężczyzna z lekko ogorzałą twarzą, z niezadowolonym spojrzeniem, mruczący co chwila coś pod nosem. W pewnym momencie dosiadają się do nas dwie osoby: kobieta siada naprzeciwko mnie, chłopczyk obok mnie, naprzeciwko mężczyzny. Siadając, chłopiec delikatnie ociera się o nogę mężczyzny. I nagle, ku mojemu zdziwieniu, mężczyzna wysyłając w przestrzeń kilkakrotnie wyraz na „K” zaczyna się dziecku pod nosem odgrażać. Widzę lekkie przerażenie w oczach malca. Trwa to przez dosłownie  moment, bo mężczyzna po wypluciu z siebie jadu wraca do nienawistnego wgapiania się w świat za oknem.

Rozmawiam z koleżankami. Czasem się odłączam od wymiany zdań i tylko słucham. W pewnym momencie jedna koleżanek stwierdza, że ma nadzieję, że jak jej córeczka dorośnie do tego, by „się seksić”, to że będzie zapobiegawczo pamiętać o zabezpieczeniu.

Jestem na dyskotece. Młoda dziewczyna podchodzi co chwila do którejś z tańczących kobiet i delikatnie, zapraszająco głaszcze ją po ramieniu.

Idę na randkę. Mijając teatr widzę parę namiętnie całującą się na ławce. Całujący włażą wręcz na siebie. Brakuje czułości, jest za to wzajemne pochłanianie się. Złączone ramionami dwie ośmiornice.

Słyszę od znajomej: Jestem niewierząca. Po dwóch dniach: Zamówiłam już u męża prezent na gwiazdkę.



Każda z takich sytuacji jest dla mnie jak wodospad myśli krążących wokół jednego pytania: czy osoba, którą widzę, bądź słyszę, gdyby została w danym momencie postawiona przed faktem śmierci, czy zbawiłaby się czy potępiła.

Mijając człowieka, przebywając przy nim choćby kilka sekund, a odczuwając mocno jego stan ducha - poprzez gesty, słowa, spojrzenie – na moment  w wyobraźni staję przy nim w chwili jego śmierci i modlę się, żeby, jakimś wielkim cudem, dzięki Bożemu miłosierdziu, choć w ostatniej sekundzie życia, człowiek ten nawrócił się ku Bogu i zbawił swoją duszę… choćby jednym westchnieniem miłości.

- - - -

Ilu potencjalnie potępionych chodzi po tym świecie. Mijam ich codziennie na ulicy. Widzę równię pochyłą na której się znajdują i ich obojętność na to, co nieuchronnie nadejdzie.


- - - -

Dla mnie trzydzieści, czterdzieści lat, to chwila. Jeszcze chwilę pożyję. A potem to, na co czekam...

... już niedługo.


____



sobota, 21 listopada 2009 r.

Słońce

Gdy wyszłam z pociągu niespodziewany blask słońca wlał się do moich oczu. Rozejrzałam się dookoła – nikt oprócz mnie nie mrużył powiek. Poczułam się w jednej chwili słaba i bezradna – a wszystko przez moją nadwrażliwość na silne światło; w jednej chwili ból i mimowolnie pojawiające się łzy oraz świadomość, że około dwadzieścia minut będę musiała iść ciągle pod słońce.

Że też nie wzięłam okularów przeciwsłonecznych!

Uciekłam przed słońcem na drugą stronę ulicy licząc na skrawki cienia - niestety to nie wystarczyło. Musiałam zmienić strategię przejścia przez miasto wybierając ciche ulice z dala od głównego traktu – tam moje oczy mogły choć przez chwile doznawać wytchnienia, a ręka nie musiała przez cały czas robić za daszek mojej zimowej czapki.



Snując się tak między starą zabudową trafiłam zupełnie niezaplanowanie… do kaplicy wieczystej adoracji, znajdującej się tuż przy nowo obranej drodze. Spieszyłam się wprawdzie, ale tak jakoś mnie tchnęło, żeby wejść na chwilę. Małe pięć minut stało się momentem orzeźwienia mojej skołatanej od ponad tygodnia duszy.



Kiedy wyszłam zobaczyłam nad sobą niosące nadzieję… chmury.

Taki nagły gratis, którego wcześniej nie zauważyłam, bo przecież wgapiałam się we wszystko, tylko nie w oślepiający żółcią słońca błękit nieba.  Czy ucieszyłby mnie tak bardzo, gdybym nie weszła na chwilę do odciętej od świata kaplicy?


Uwielbiam nagłe zmiany planów. Nagle z nudnej rutyny wyłania się zadziwiająca nowość i świeżość. Miałam iść standardowym szlakiem na senne zajęcia, a nagle poczułam się jak turystka na wakacjach słysząc na starym mieście rozmawiające po angielsku kobiety; miałam nie dostrzegać świata zewnętrznego rozmyślając nad tym , co mnie czeka na uczelni, a nieoczekiwanie przechadzałam się wśród jaśnie wysokich kamienic. Po prostu: sytuacyjny majstersztyk!


- - - -

Czy wpadłabym na to, że będę dziś dotykała tafli spokojnego morza? Nie. A jednak. Wieczór okazał się spontanicznym wypadem na plażę.

Noc, gwiazdy, daleki horyzont rozpalony gdzieniegdzie światłem, to znów spowity jesienną mgłą.


Takie piękno ratuje duszę.


____



niedziela, 29 listopada 2009 r.

Adwent

Zaczął się czas adwentu. Jak ten czas leci…

Kiedyś było lepiej. Jakoś tak bliżej duszy działo się to wszystko wokół mnie. Czekałam z utęsknieniem na święta  - samo oczekiwanie miało przedziwny smak tęsknoty pełnej miłosnego uniesienia, zapach zimy i radość dziecięcej naiwności.

Teraz czuję tylko, że każda chwila przybliża mnie do sesji na studiach, do kolejnej próby, na którą nie zdążyłam przygotować wszystkich utworów, do niechcianych wydarzeń nadchodzącego roku, które po prostu będą i nic ich nie powstrzyma.

Kiedyś cieszyłam się beztroską zatroskanych niby rozmów z przyjaciółmi. Dziś są, ale jakby ich nie było. Każdy odszedł bliżej lub dalej, ale odszedł… do nowej ery swojego życia. Kręgi bliskich mi osób rozeszły się niczym okręgi na uderzonym kamieniem jeziorze.

Moja droga maluje się nieróżowo. Rzeczywistość urąga marzeniom, jest kpiną z powziętych kiedyś planów.

Robię rachunek sumienia z miłości. Daleko mi do raju sprzed wizyty węża.

Wzdycham. Krótko. Na chwilę. Brakuje mi przecież czasu.


____


KONIEC KSIĘGI VI

Dodaj do:

naszaklasa    Digg    twitter    Facebook    Wykop    Gwar
Poprawiony: wtorek, 01 grudnia 2009 21:53
 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

© 2010 Redakcja wortalu TajemnicaMilosci.pl

Księżniczka Mii: KSIĘGA VI - TajemnicaMilosci.pl - mapa odkrywania prawdziwego szczęścia i pokoju serca