Księżniczka Mii: KSIĘGA III - TajemnicaMilosci.pl - mapa odkrywania prawdziwego szczęścia i pokoju serca

Tajemnice miłości

Newsletter

Shoutbox

Ostatnia wiadomość: 3 years, 1 Miesiąc temu
  • CNotic: :D:D:D:D
  • CNotic: Hmm..
  • singularis: Trzeba...


Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać tu posty.

Załóż konto, jeśli nie masz

Partnerzy

www.znajomapolonia.com - Polacy wierzący, otwarci na wartościowe znajomości;

www.kjb24.pl - "Któż jak Bóg" (dwumiesięcznik o aniołach i życiu duchowym).

Logowanie



Najnowsze komentarze

Księżniczka Mii: KSIĘGA III PDF Drukuj Email
niedziela, 11 października 2009 21:07

niedziela, 20 września 2009 r.

Rano poszłam do spowiedzi...

Rano poszłam do spowiedzi. Moją decyzję o tym, by się wyspowiadać, przypieczętowała Pani M., która z premedytacją wrzuciła za mnie komunikant do kielicha przed mszą [gwoli wyjaśnienia: w wiejskich kościółkach nieraz konsekruje się tyle hostii, ilu jest chętnych do przyjęcia Komunii, by Ciała Chrystusa nie zostawiać w tabernakulum w miejscu, które na ogół jest kościołem filialnym (podporządkowanym) i nie ma takiej opieki, jak kościół parafialny danej wspólnoty]. Jak to moja spontaniczna znajoma mówi: czasem trzeba do mnie przemówić przymusem.


Ciężko było mi się ostatnio zebrać do spowiedzi. Zbyt dużo miałam wątpliwości co do moich grzechów i ich wagi ciężkości. Poddałam się jednak myśli o oczyszczeniu jak dziecko. Wyznałam wszystkie cienie i niuanse mojego postępowania, wszelkie intencje, motywy – w sposób naiwnie szczery, jak dziecko. To była łaska, że nie stchórzyłam tym razem i nie poddałam się pod dyktando tego, co podpowiadała „ciemna strona mocy”.


____



poniedziałek, 21 września 2009 r.

Spirala

Dziś moja koleżanka pochwaliła się publicznie, że jest idealnie zabezpieczona. Założyła jakiś czas temu spiralę wewnątrzmaciczną, bo nie planuje mieć więcej dzieci.

Przeraziła mnie. Co tydzień chodzi do kościoła, ale czy wierzy w piekło?!! To straszne, ale gdyby dziś umarła, to bez dwóch zdań jej duszę rozszarpią demony i zabiorą do piekła. Myślę tak dosłownie. Jej potępienie dokona się nie dlatego, że Bóg ją wyśle na wieczne męki, ale dlatego, że ona już dzisiaj sama się potępia.

Aż strach pomyśleć, że ona może np. jutro umrzeć i już na wieki wieków cierpieć będzie odłączenie od Boga – doświadczać totalnego, absolutnego i wiecznego braku miłości.

Jej dzieci - o ile poczęły się już w niej jakieś dzieci w czasie noszenia spirali- albo zasiadły już w ławie jej oskarżycieli, albo gorąco gdzieś modlą się za nią, żeby zaprzestała tego zła, na które się zdecydowała.

A co z tymi dziećmi, które już ma. Wiem, że je bardzo kocha. Ciągle o nich mówi podkreślając ich piękno i cechy charakterystyczne, jakimi tylko matka potrafi się tak zachwycać. Przecież ona się z nimi w wieczności nie spotka, jeśli one się zbawią, a ona nie. Często mówi się małym sierotom: „nie płacz, Twoja mamusia jest w niebie.” Co możnaby powiedzieć jej córkom po jej śmierci? Nie wiem.

Co jest dziwne, to jest osoba tak sympatyczna, tak bardzo dająca się lubić, tak po prostu fajna, że tym bardziej rozbraja jej postępowanie i tym bardziej jej szkoda.

Co musi czuć Bóg, który za nią cierpiał i widzi, jak ona w piekło wchodzi miękko jak nóż w ciepłe masło?! Na co zatem krzyż Chrystusa, skoro ona i wielu innych ludzi po prostu go lekceważy.


____



środa, 23 września 2009 r.

Przerwa

Wczoraj upadłam… a mówiąc precyzyjnie: zasnęłam. Miałam pospać tylko godzinkę, od dwudziestej do dwudziestej pierwszej, a spałam do czwartej trzydzieści dnia następnego. Po prostu straciłam kontakt z rzeczywistością i przeliczyłam swoje siły.

Upadłam, bo przerwałam tym snem ciągłość mojej modlitwy. Tajemnicę Szczęścia odmawia się codziennie przez rok, a ja po dwudziestym pierwszym dniu zawiodłam.

To dobijające, że już tyle wysiłku włożyłam w wytrwanie w tej modlitwie, a tu taka porażka. Najdziwniejsze, że się tym od razu nie przejęłam za bardzo. Pomyślałam, że przecież i tak będę się z chęcią dalej modlić, więc co za różnica, czy kilka tygodni dłużej… jeśli oczywiście dam radę nie zasnąć już nigdy więcej w nieodpowiednim momencie.

Teraz jednak ogarnęła mnie złość na samą siebie. Znowu muszę coś zaczynać od nowa. A tyle było starania! Ile razy już taka sytuacja pojawia się w moim życiu. To irytujące, jak bardzo duch jest ochoczy do wielkich dzieł, a ciało po prostu słabe. Jakże bym chciała mieć części zamienne do swojego organizmu; dziś wymiana oczu, jutro nóg, pojutrze mózgu. Używałabym ciała przez jakiś czas, podczas gdy części zamienne odpoczywałyby i tak na odwrót – jak z ładowaniem baterii – wielokrotne użycie.

Mam tylko jedno ciało,  które codziennie siedzi przy biurku osiem godzin. Czasem podbiegnie na autobus, czasem w nim postoi. Przeważnie pozostaje w spoczynku.. nie to, co kiedyś, za starych dobrych czasów, gdy z przyjaciółmi biegało się dookoła miasta prawie co dzień.

To jedno ciało się buntuje. Wiele chce, a niewiele może. Z roku na rok przybywa mu obowiązków, a jego nieplanowany bezruch zwie się dorosłością, albo inaczej „witaj życie!”.

- - - -

Znowu oczy zamykają mi się same. Zmówiłam Tajemnicę Szczęścia. Powinnam się pouczyć, ale chyba zasnę.

____



czwartek, 24 września 2009 r.

Podobieństwo

Kiedy poznaję jakąś nową osobę, często słyszę, że jestem do kogoś podobna, kogoś przypominam, robię coś tak jak ktoś inny. Nie lubię tego bycia jak ktoś taki, siaki czy owaki. Lubię czuć się wyjątkowa.

To bolączka wielu osób, że nie myśli się o nich w kategoriach: jedyny, jedyna, ale jeden, jedna z wielu. Zauważyłam, że bolesne doświadczenie bycia elementem jak z seryjnej, zunifikowanej produkcji często przekłada się na relację z Bogiem.

Wiele razy, gdy traciłam poczucie swojej oryginalności i bycia jedyną w swoim rodzaju, wpadałam w smutek i przygnębienie w relacji z Bogiem czując, że Go nie obchodzę, że On jest gdzieś daleko, że mnie nie dostrzega, bo przecież jestem takim niczym w olbrzymiej masie podobnych do siebie ludzi.

Dziś dostrzegłam, że poznając kogoś blisko z każdą chwilą coraz bardziej odkrywam, że ta poznawana osoba ma cechy charakteru, mimikę twarzy, reakcje, wrażliwość, temperament, przemyślenia – jedyne i niepowtarzalne, nie do skopiowania. Nawet, jeśli niektóre cechy są gdzieś podobne do cech drugiej osoby, to jednak występują w formie, którą może przedstawiać sobą dokładnie ta i żadna inna osoba.

Zrozumiałam wreszcie, że jako idealnie poznana przed Boga, idealnie „rozebrana” na części pierwsze, nie mogę być dla Niego człowiekiem „no name”, kimkolwiek, czyjąś nudną kopią, produktem masowym. Właśnie dla Boga jestem najbardziej szczególna, bo On zna mnie najlepiej. Tylko osoby znające nas blisko są w stanie rzeczywiście odróżnić nas od tłumu, wyłuskać to, co jest takie „nasze” – oryginalne i niepowtarzalne. Zatem Bóg – jako Ten, który poznał mnie od podszewki – musi się liczyć z moim istnieniem, nie może mnie nie dostrzegać, bo tylko ja ….

Właśnie. Ja wiem i On wie.

Jak dobrze, że On mnie zna. Wiem, że choć jest Największym, Najwspanialszym Istnieniem na świecie, to po prostu za mną tęskni.

Wszystkie moje tęsknoty za ludźmi, których przecież do końca nigdy nie poznam, nie umywają się do tej tęsknoty i pragnienia, jakie Bóg odczuwa względem mnie. Jestem o tym przekonana. Znając mnie i wiedząc, że na całym świecie drugiej takiej „układanki” nie znajdzie, musi za mną tęsknić.

Ktoś może się z tego śmiać. A ja wiem, że Bóg nie tylko jest Bogiem zazdrosnym, ale i tęskniącym. W tych uczuciach jestem właśnie na Jego obraz i podobieństwo. Jakie to … zabawne i poruszające zarazem.

Swoją drogą… na takie bycie „podobnym do” mogę sobie pozwolić.


____



piątek, 25 września 2009 r.

Connie

Piękno, tęsknota, wywyższenie i umocnienie, siła zaklęta w delikatności czystego, dziewczęcego głosu…
słucham dziś namiętnie „You raise me up” w wykonaniu Connie Talbot.  To po prostu trzeba usłyszeć!


Nie. Tego trzeba słuchać.


____



Sobota 26 września 2009 r. / Niedziela 27 września 2009 r.

Wolna wola

Kiedyś mój pierwszy chłopak napisał – w związku z sytuacją, którą kiedyś wspólnie przeżywaliśmy – taką do mnie wiadomość:

„(…) Po prostu nie ma łatwych dróg do miejsc, do których warto pójść. Wszystko co wartościowe wypalone jest w piecu doświadczenia… My dostaliśmy właśnie takie. Odpowiednie na swój kaliber”.

Chociaż już dawno ze sobą nie jesteśmy, bo nie byliśmy sobie pisani (od początku właściwie naszego związku, który był dla nas – i w pewien sposób nadal jest - bardzo dużą wartością, słyszałam w sercu głos mówiący, że on – mój chłopak – nie jest mi przez Boga dany na towarzysza drogi dłuższej niż ta, którą razem ostatecznie przeszliśmy), to jednak ciągle widzę, jakim darem były dla mnie niektóre słowa, gesty, przemyślenia człowieka, który te słowa napisał.

Rzeczywiście drogi do miejsc w moim życiu, do których warto było i jest pójść, nie były i nie są łatwe. Najtrudniejsze było zawsze zaakceptowanie głosu Boga i tego, co mi w sercu podpowiadał. Nieraz wyłam wręcz ze złości, że choć wiem, czego ode mnie chce, to jednak nie pasuje to do moich planów i zamierzeń. Ogarniała mnie wściekłość, że cokolwiek nie zrobię, to i tak wrócę do punktu wyjścia i kolejny raz przekonam się, że z Bogiem nie wygram i co najważniejsze będę nieszczęśliwa nie dlatego, że mój wybór okaże się nietrafiony, ale że zadziałałam wbrew Niemu, co zawsze napełniało mnie największym smutkiem.

Czasem krzyczę w duchu do Boga i na Niego, że tak bardzo mnie związał ze sobą duchowo, że nawet nie potrafię się porządnie zbuntować i Go ewidentnie zostawić. Z jednej strony bardzo się z tego cieszę – strach pomyśleć co mogłoby się stać z dala od Niego – a z drugiej: chciałabym tak podziałać na własny rachunek, poszaleć bez ograniczeń, mieć gdzieś wszystkie zagrożenia i po prostu rozbić sobie łeb (!)… W Biblii znajduje się tekst: „uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłem się uwieść”. Na tyle dałam się uwieść, że po prostu nie potrafię Boga trwale porzucić. Czasem czuję, że choć mam wolną wolę, to jednak w praktyce jej nie mam. Mówię wtedy: Oj Boże, aleś mnie sobie urobił. Taki ze mnie przed Tobą mięczak. Możesz mnie wodzić do woli za nos, a ja Ci jeszcze za to podziękuję.



Ehhh


____



Niedziela, 27 września 2009 r.

Nadchodzący tydzień

Nadchodzący tydzień zapowiada się obiecująco. We wtorek wspomnienie jednego z moich dwóch ulubionych świętych – świętego Michała Archanioła – oraz wspomnienie św. Treski z Lisieux – mojej patronki od bierzmowania, której teksty, krótkie ale trafne przemyślenia, towarzyszą mi w formie małej książeczki cytatów na każdy dzień roku.


A dzisiejszy dzień… był piękny. Dzięki spacerowi, rozmowie; całowaniu i obwąchiwaniu pachnącej maleńkiej rączki śpiącego chrześniaka – brzmi dziwnie, ale zapach małego dziecka to naprawdę przedsmak nieba; dzięki urwaniu się z rodzinnego spotkania by w pustym domu przed przybyciem domowników tańczyć przy Thanking blessed Mary.

Jak dobrze mieć swoje własne łóżko (!)- o dwunastej w nocy to atrybut nieprzecenionego szczęścia - plus delikatna mgiełka ulubionych perfum na dobranoc… ehh, idę spać. Jak miło jest zasypiać w swoim pokoju z nadzieją na dobry sen.


____


KONIEC KSIĘGI III

Dodaj do:

naszaklasa    Digg    twitter    Facebook    Wykop    Gwar
Poprawiony: piątek, 20 listopada 2009 23:38
 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

© 2010 Redakcja wortalu TajemnicaMilosci.pl

Księżniczka Mii: KSIĘGA III - TajemnicaMilosci.pl - mapa odkrywania prawdziwego szczęścia i pokoju serca