|
Pamiętaj skąd wyszedłeś!
Odkąd sięgam pamięcią, On zawsze był obecny w naszym domu. Pamiętam i chcę zawsze pamiętać, jak codziennie, każdy z moich bliskich; kochani rodzice, dziadkowie, siostry wielbili Go; co wieczór przed Nim padali na kolana i rozmawiali z Nim. I ja również wraz z nimi to czyniłem, bo tak mnie nauczyli, że w Nim i tylko z Nim życie ma sens – oraz, jak mówiła moja babcia: „Modlitwa i praca ludzi wzbogaca” (zawsze będę pamiętał).

Armia cię nauczy, wojsko ukształtuje...
Wojsko Polskie zawsze serdecznie zapraszało młodych ludzi do siebie – w myśl hasła powitalnego, umieszczanego w niektórych jednostkach na bramie wejściowej: „Serdecznie witamy, a za bramą już cię mamy”. Przyszedł czas w moim życiu, kiedy zdecydowałem się – tak jak wcześniej moi wujowie, tata czy dziadkowie – iść służyć naszej Ojczyźnie w szeregach WP. Miałem skończone 19 lat, matura napisana, a w uszach brzmiał mi dźwięczny głos pani dyrektor ze szkoły średniej, która chcąc zachęcić nas do zdania matury mówiła: „Kto nie chce się uczyć, niech idzie do wojska” – piszę to hasło trochę przekornie, bo tak naprawdę służba w wojsku była moim marzeniem. Pożegnałem Dom Rodzinny i wyjechałem.
Jesteś chrześcijaninem zawsze i wszędzie!
Podróżując PKP do Armii, zaczęło mi towarzyszyć pytanie, nad którym wcześniej się nie zastanawiałem, a które teraz coraz bardziej mnie nurtowało: „Jak to będzie w wojsku z moją wiarą i moją codzienną modlitwą?”.
Najpierw przyjechałem do tzw. szkółki. Od razu zostałem dołączony do kompanii szkolnej, w której już od dwóch tygodni trwały zajęcia (zgłosiłem się na ochotnika i WKU przeznaczyło mnie na kurs dowódców drużyn, który już trwał). Moi koledzy, z którymi miałem spędzić 4-miesięczny okres szkolenia, byli już „prawdziwymi” elewami (elew to uczeń szkoły podoficerskiej), oni już maszerowali, znali komendy itp., a ja musiałem się szybko uczyć.
W koszarach
Kapral zaprowadził mnie do izby żołnierskiej (pokój dzienny i zarazem sypialna dla żołnierzy), w której mieszkało kilkunastu chłopaków i kazał się rozpakować. Posłusznie wykonałem komendę i ze swojego plecaka wyciągnąłem przybory toaletowe, obrazek mojego świętego Patrona (Św. Michała Archanioła) oraz księgę Pisma Świętego. Kapral widząc te rzeczy pyta: „Co to za książka?”. Odpowiedziałem: „To Biblia, panie kapralu”. On na to: „A co wyście się nie pomylili? Tu nie jest szkoła dla księży!”. Wziąłem Biblię ze sobą do koszar, nie dlatego, że aż tak się nią interesowałem – wziąłem ją, ponieważ kiedyś wyczytałem, że każdy dobry dowódca wojskowy bierze ze sobą Biblię na pole walki.
- - - -
Przyszedł pierwszy wieczór. Było już po rejonach (czynności porządkowe, spełniane przez żołnierzy każdego dnia na terenie koszar), żołnierze gromadzili się już w swoich izbach, przygotowując się do capstrzyku (koniec zajęć, cisza nocna). Ja natomiast byłem niespokojny, bo cały czas powracało do mnie to pytanie o modlitwę – czy się modlić i jak? Tak, jak w domu przed łóżkiem? Na kolanach? A jak się będą śmiali, wykpią mnie? Może jutro? Siedziałem tak na swojej koi (łóżko) i rozmyślałem. Na szafce leżał obrazek Św. Michała, który dała mi moja mama, w szafce Biblia i Różaniec z modlitewnikiem od I Komunii Św. Siedziałem, rozglądając się czy może któryś z moich nowych kolegów będzie się modlił. Nic! Czekałem jeszcze, ale z drugiej strony wiedziałem, że jeżeli dzisiaj się nie zdecyduję i nie uklęknę, jutro będzie „100 razy trudniej”.
Wreszcie się zdecydowałem: klękam, powoli, cicho... tak, żeby nikt tego nie widział. Robię znak Krzyża, modlę się. W izbie zapanowała cisza, oczy zwrócone w moją stronę, po chwili jakieś szmery, lekki chichot, cisza. Ogłaszają capstrzyk.
- - - -
Kolejne dni to ciągłe ćwiczenia, nauka, przygotowania do przysięgi wojskowej. Codziennie wieczorem modlę się i czuję się coraz pewniej, nawet mój obrazek już nie leży na szafce, tylko opiera się o ścianę. Klękam i odmawiam 10-tek Różańca i Litanię do Najświętszej Maryi Panny.
Pewnego wieczoru wbiega do izby kapral i ogłasza przygotowanie, i zbiórkę kompanii do apelu wieczornego. Wbiega i nagle staje jak wryty, pytając mnie: „Co ty robisz?”. Odpowiadam: „Modlę się, panie kapralu”. A on na to: „Długo będziesz się modlił?”. Ja odpowiadam: „Jeszcze potrzebuję 5 minut”. Kapral ogłasza: „Zbiórka za 5 minut, Kollek się modli”. Od teraz czuję się jeszcze pewniej. Mijają kolejne dni, coraz bliżej do przysięgi, moi koledzy już jakby przyzwyczaili się. Gdy klękam, oni starają się ciszej mówić, niektórzy wychodzą, nikt nie przeszkadza... Nawet dwóch z nich kiedyś podchodzi do mnie i mówi: „Wiesz, przyczepimy ten święty obrazek do ściany. Po co ma być na szafce, na ścianie będzie lepiej”.

Po przysiędze wracamy z przepustek do jednostki na dalsze szkolenie. Jesteśmy już pełnoprawnymi żołnierzami WP. Pamiętam dobrze, było to następnego dnia wieczorem... Podchodzi do mnie tych dwóch kolegów, którzy montowali obrazek ze Św. Michałem i mówią: „Wiesz, my też jesteśmy katolikami, może moglibyśmy się modlić razem, poprowadziłbyś modlitwę?”. Od razu się zgodziłem i zaproponowałem 10-tkę i Litanię. Od tego dnia, aż do końca naszego wspólnego pobytu w szkółce (tj. przez następne 3 miesiące), codziennie przed capstrzykiem w naszej izbie gromadzili się żołnierze z naszego 2. plutonu oraz niektórzy z 1. – czasem dołączali się też nawet dwaj prawosławni. Do dzisiaj słyszę i mam w pamięci tą wspólną modlitwę, wypowiadaną równo w jednym rytmie, rytmie naszych – wtedy jeszcze młodych, nieraz strudzonych – żołnierskich serc. Modlitwa, która dodawała nam sił, była ukojeniem, ale przede wszystkim pozwoliła być sobą.
Rok temu miałem możliwość maszerowania do mojej Kochanej Matki Maryi na Jasnej Górze – razem z młodzieżą z Salezjańskiej Pielgrzymki Ewangelizacyjnej. To był piękny czas (mam nadzieję, że uda mi się go powtórzyć) wędrowania wraz z nimi, czas wspólnej modlitwy, otwierania się na łaski Pana Boga, czas świadczenia o naszej wierze w radości i miłości.

Kochana młodzieży, niech „Odwaga”, którą kierujecie się podczas waszych wakacyjnych akcji, nieustannie w was wzrasta. Nigdy nie bójcie się świadczyć (nawet w tej trudnej codzienności, w jakiej obecnie żyjemy) o Jezusie Chrystusie – sensie naszego życia. „Moc Ducha” niech nieprzerwanie wam towarzyszy, niech pozwala przezwyciężyć trudne sytuacje w waszym życiu i w życiu całej Salezjańskiej Wspólnoty Ewangelizacyjnej. Niech ta Moc motywuje was do jeszcze większego zaangażowania w dziele ewangelizacji podczas posługiwania w waszych wspólnotach. Ksiądz Jan Bosko powtarzał, że Bóg kocha ludzi radosnych, a szatan się ich boi – „radość” jest owocem naszej miłości do Boga. Niech ona wam nieustannie towarzyszy.
Wszystkim życzę odwagi bycia chrześcijaninem zawsze i wszędzie.
I jeszcze jedno... Wiesz, kiedy będziesz dobrym chrześcijaninem? Będziesz nim wtedy, gdy ktoś ci powie, że zwariowałeś dla Boga.
Ks. Michał Kollek SDB
Źródło: "Czas łaski" (Biuletyn Salezjańskich Wspólnot Ewangelizacyjnych), nr 21(71)/2010.
|