Janina Ochojska - bohater na wózku inwalidzkim - TajemnicaMilosci.pl - mapa odkrywania prawdziwego szczęścia i pokoju serca

Tajemnice miłości

Newsletter

Shoutbox

Ostatnia wiadomość: 3 years temu
  • CNotic: :D:D:D:D
  • CNotic: Hmm..
  • singularis: Trzeba...


Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać tu posty.

Załóż konto, jeśli nie masz

Partnerzy

www.znajomapolonia.com - Polacy wierzący, otwarci na wartościowe znajomości;

www.kjb24.pl - "Któż jak Bóg" (dwumiesięcznik o aniołach i życiu duchowym).

Logowanie



Najnowsze komentarze

Bohaterowie współcześni Janina Ochojska - bohater na wózku inwalidzkim
Janina Ochojska - bohater na wózku inwalidzkim PDF Drukuj Email


Janina Ochojska (znana działaczka społeczna, założycielka Polskiej Akcji Humanitarnej) jest od dziecka osobą niepełnosprawną - chodzi o kulach. Jednak o tym mało kto wie, gdyż jest osobą bardzo skromną i pokorną. Sama podkreśla, że miała to szczęście, że była wychowywana przez takich ludzi, którzy wszczepili jej przekonanie, że jest takim samym człowiekiem jak inni. Tylko, że ma konkretny problem. I albo to zaakceptuje, albo nie.

Ma tak niespożytą energię, że trudno za nią nadążyć, „świetnie sobie radzi nawet w ekstremalnych warunkach” - mówią jej współpracownicy. Kiedy upadnie, jeszcze żartuje: „Spokojnie, mam przecież stalowy kręgosłup”. Jeździła w konwojach z pomocą dla byłej Jugosławii i do Czeczenii, bo uznała, że to jej obowiązek. W 1994 r. założyła Polską Akcję Humanitarną, którą do dziś kieruje. Zdobyła prestiżowy tytuł Kobiety Europy. W głowie kipi jej od pomysłów. Gdyby mogła, wysyłałaby pomoc dla całego świata. Teraz - jej zdaniem - najważniejszy jest Sudan Południowy, wyniszczony najdłuższą wojną współczesnej Afryki. Gdy patrzy na swoje życie wstecz, mówi, że to wszystko było jej przeznaczone. Poniżej krótki wywiad z Janiną Ochojską (J.O.).


Jak zaakceptowała Pani swoją niepełnosprawność?

J.O.: To się stało trochę przymusowo. Jeśli pragnęłam aktywnego, normalnego życia, to musiałam zaakceptować fakt, że jestem osobą niepełnosprawną. Nie mogę udawać, że nie mam tego problemu. To mi nie mogło przeszkodzić w realizowaniu moich marzeń. Może warto powiedzieć, że w zaakceptowaniu tej niepełnosprawności pomógł mi bardzo, dyrektor Ośrodka dla Dzieci i Młodzieży Niepełnosprawnej w Świebodzinie, gdzie się wychowałam. On nam mówił „Wy możecie więcej, a nie mniej. Wam dano, a nie odebrano”. On traktował niepełnosprawność jako pewną wartość. Jako dobro, które dostaliśmy. I mówił, że jeśli to dobro będziemy umieli przyjąć, to nasze życie będzie wyglądało zupełnie inaczej. Ktoś może powiedzieć, że to jest głupota traktować niepełnosprawność jako dobro. Ale jak ja mogę tego nie traktować jako dobra? Skoro dzisiaj jestem osobą, która prowadzi aktywne życie. Robię coś pożytecznego dla innych. Mam takie poczucie, że realizuję swoje marzenia. Moje życie ma sens. Jestem osobą szczęśliwą. Dlatego to jest dar. Ale ten dar stał się darem dzięki temu, że potrafiłam go zaakceptować. Jak nie zaakceptować daru? Wszystko zależy od tego, jak o tym myślimy.


Skąd pomysł, żeby w Sudanie budować studnie?

J.O.: Uratowały już życie kilkudziesięciu tysiącom. Mogłyby uratować dużo więcej, gdybyśmy zamiast 160 studni, zbudowali 1000. W Sudanie wodę czerpie się z okresowych rzek oraz dołów z deszczówką. Jest brudna. Wiele dzieci umiera na różne choroby spowodowane jej piciem. A jeszcze muszą po nią chodzić, tracąc godzinę lub półtora w jedną stronę, w upale.
Nie dopada Pani zwątpienie, że wszystkim i tak nie uda się pomóc?

Codziennie na świecie umiera 16 tysięcy dzieci z powodu głodu i niedożywienia. Gdybym się zadręczała, że nie uratuję wszystkich, to pewnie niczego bym nie zrobiła. Muszę myśleć o tych, których mogę uratować. Sztuka pomagania jest trudną rzeczą, bardziej niż serca potrzebuje rozumu. Czasem wymaga umiejętności odmówienia pomocy. Podam przykład. Odwiedziliśmy jedną z sudańskich szkół. Pytaliśmy uczniów o czym marzą, co chcieliby robić. Jedna dziewczynek powiedziała: „chciałabym, żebyś opłaciła mi naukę”. Miałam ochotę od razu to zrobić, wypadało raptem 10 złotych miesięcznie. Któż nie chciałby pomóc ślicznej, ośmioletniej dziewczynce?! Pomyślałam jednak, że nie wolno wyróżniać jednego dziecka, bo być może są jeszcze biedniejsze dzieci i też chcą się uczyć. Postanowiliśmy więc zorganizować zbiórkę pieniędzy, aby sfinansować ich edukację. I jeżeli znajdą się chętni do wpłacania 10 złotych miesięcznie, to wielu z tych dzieci będziemy mogli pomóc.


Niektórzy mówią, że tyle biednych dzieci jest w Polsce, a Ochojska pomaga Murzynom?

J.O.: Mam prostą odpowiedź. W Polsce nikt nie umiera z głodu czy braku wody, w Afryce, tak. Jestem ciekawa, czy osoby, które tak mówią, pomogły chociaż jednemu polskiemu dziecku. My nikomu niczego nie zabieramy, nie dzielimy pomocy na Polskę i zagranicę. Jeżeli ofiarodawca przesyła PAH pieniądze na budowę studni w Sudanie, szkoły w Afganistanie, na powodzian czy dożywienie polskich dzieci, to są one przeznaczane na te cele i potrafimy się z tego rozliczyć. Czyli faktycznie to ofiarodawcy decydują na co te środki idą. Uratowanie od śmierci głodowej jednego dziecka w Afryce kosztuje 50 złotych. Niewiele, gdy na drugiej szali jest ludzkie życie.


Do ilu krajów dotarła Pani z pomocą?

J.O.: Do 42 przez niespełna 20 lat. Oprócz misji w Sudanie Południowym prowadzimy jeszcze misję w Strefie Gazy i w Palestynie. Kończymy też budowę domów dla 400 rodzin poszkodowanych w trzęsieniu ziemi na Haiti i organizujemy pomoc dla Japonii i Libii.


Można by pomyśleć, że fajnie tak podróżować sobie po świecie.

J.O.: Ktoś, kto tak myśli, nigdy nie pojechałby na wojnę do Czeczenii lub Bośni. Nawet dzisiaj jak pada hasło: Sudan Południowy, słyszę, że jest tam niebezpiecznie. Zaczynaliśmy jako PAH od pomocy ofiarom wojen. Wtedy uważałam, że nie mogę wysłać konwoju do Bośni lub Czeczenii, a sama siedzieć w domu. Tam strzelano, mogło być niebezpiecznie. Uznałam, że muszę jechać, bo to mój obowiązek.


Mogła Pani zginąć...

J.O.: Mogłam. Kiedy wracaliśmy z Sarajewa w 1994 roku, nasz konwój został ostrzelany. Stoczyliśmy się do 70- metrowej przepaści. Spadając pomyślałam: szkoda, że to już koniec. Ale samochód zatrzymał się na kamieniu. Otworzyła się wtedy pokrywa od silnika i się zaklinowaliśmy na 15 metrze. Miałam tylko guzy i siną pupę. To absolutny cud. Wtedy pomyślałam, że widocznie Pan Bóg jeszcze do czegoś mnie potrzebuje. Niecałe dwa miesiące później zginęło tam dziewięciu Francuzów, którzy jechali opancerzonym samochodem i spadali. Nikt się nie uratował.


Nie roztkliwia się Pani nad sobą...?

J.O.: Przecież mam stalowy kręgosłup, który jest usztywniony całkowicie, że nawet nie mogę się zgarbić! (śmiech) Wyznaję zasadę: nieważne, że człowiek upadnie. Najważniejsze żeby mógł się podnieść. Każdy dostaje trudne momenty po to, żeby mógł poznać, czym jest szczęście. Niebo jest w nas.


Dziennikarze, którzy jeździli z Panią na misje, opowiadali, że padali już ze zmęczenia, a Janka Ochojska tryskała energią. Skąd ta siła?

J.O.: Może dała mi ją niepełnosprawność? Czasem nawet żartuję, że jest mi łatwiej, bo mam cztery nogi i większe oparcie na ziemi. Zachorowałam na polio, czyli chorobę Heinego- Medina, jak miałam sześć miesięcy. Całe dzieciństwo spędziłam w szpitalach i w sanatoriach wśród dzieci niepełnosprawnych. Jeśli ktoś się mazgaił, bo tęsknił za mamą, płakał z bólu, był nazywany beksą. I przestawał płakać. Oczywiście buntowałam się, dlaczego właśnie mnie spotkało kalectwo? Chciałam jak inne dziewczynki nosić spódniczki, malować się, chodzić na dyskoteki. Zaakceptowanie niepełnosprawności to była walka. Do miejsca, w którym jestem, szłam długo i nie była to droga usłana różami.


Zawsze chodziła Pani o kulach?

J.O.: Odkąd skończyłam 5 lat. Wcześniej nie chodziłam, siedziałam na podłodze i poruszałam się suwając po niej na pupie. Nie było wtedy wózków inwalidzkich (śmiech). Pamiętam, jak stanęłam po raz pierwszy na kulach. Wydawałam się sobie strasznie wysoka. Potem na rehabilitacji uczono mnie, jak sobie na kulach radzić, jak upadać i wstawać. Uczyli nas też przechodzenia przez płoty, wspinania na drzewa, co nie jest łatwe kiedy ma się na nogach usztywniające aparaty. Ale te płoty pokonywałam. Doktor Lech Wierusz, dyrektor Ośrodka dla niepełnosprawnych dzieci i młodzieży w Świebodzinie, wpoił nam przekonanie, że niepełnosprawność to dar, który otrzymaliśmy. I że dano nam więcej, a nie odebrano. A jak się ma coś więcej, to trzeba też dawać innym. Mówił też: „za bramą ośrodka nie czeka was przyjazny świat, który wyciąga pomocną rękę. Tę rękę trzeba samemu wyciągnąć”.


A Pani ręce wyciągnęły się w stronę nieba?

J.O.: Zamarzyła mi się astronomia. Studiowanie nie było łatwe, jak ma się niepełnosprawne nogi i trzeba jechać na uczelnię do obcego miasta. Ale chciałam studiować, to studiowałam, nawet potem naukowo pracowałam w pracowni astrofizyki PAN w Toruniu. Chciałam chodzić po górach, to chodziłam. Teraz nie mogę, to nie chodzę.


Mówi to Pani tak spokojnie, a przecież przeszła Pani piekło operacji...

J.O.: Na kręgosłup miałam 11 albo 12, ale w ogóle to 33. Pamiętam pierwszą, na kolano. Miałam wtedy sześć lat i bardzo to przeżyłam. Leżałam na Sali operacyjnej, czekając na lekarzy, przykryta czarną gumą. Bałam się i było mi okropnie zimno. Wtedy jeszcze usypiano narkozą pod maską. Teraz, jak podają ją dożylnie, to wręcz przyjemność.


A ta najtrudniejsza?

J.O.: Była zrobiona we Francji, gdzie właściwie uratowano mi kręgosłup. Miałam już za sobą kolejne operacje kręgosłupa, które nie do końca się udały. Wróżono mi, że w niedługim czasie przestanę chodzić, więc czekałby mnie wózek.


Rodzice nie mogli pomóc?

J.O.: Pochodzę z ubogiej rodziny. Ojciec był górnikiem, zresztą pił, więc mieliśmy kłopoty w domu. Kiedy zaczęły się u mnie ogromne problemy z kręgosłupem, byłam już dorosła. Nikt w Polsce nie chciał mnie operować. Nawet Ministerstwo Zdrowia odmówiło mi sfinansowania leczenia za granicą, bo uznało, że mój przypadek nie rokuje nadziei. Wtedy moim znajomi skontaktowali mnie z francuską siostrą zakonną, która wzięła moją dokumentację medyczną i zawiozła do świetnej kliniki w Lyonie. Tam mogli się podjąć leczenia, ale za pieniądze. Chodziło, bagatela, o jakieś pół miliona franków!


To jak trafiła Pani do Francji?

J.O.: Doktor Charles Picault obejrzał moje zdjęcia rentgenowskie i wystąpił do francuskiego Ministerstwa Zdrowia o sfinansowanie operacji. Nie znał mnie. Wiedział tylko, że jestem młodym naukowcem z Polski i że niebawem przestanę chodzić. I co się teraz dziwić, że robię to co robię. Naprawdę czuję ogromną wdzięczność, podarowano mi życie.


Myślała Pani kiedyś, jak wyglądałoby Pani życie gdyby nie choroba?

J.O.: Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Naprawdę, jestem bardzo szczęśliwa w tym miejscu, gdzie się znalazłam i w tym, co robię. Ludzie szukają wytłumaczenia, dlaczego dotknęła ich choroba. Ale zamiast pytać: „dlaczego?”, lepiej zapytać: „co ja mogę z tym zrobić?”.


Zawsze wszystko poświęca Pani dla pracy? Wtedy ból i cierpienie można zagłuszyć?

J.O.: Niczego nie poświęcam. Po prostu korzystam z daru, jakim jest życie. Każdy chce być szczęśliwy. Ale szczęście trzeba sobie stworzyć. Nie chcę przez to powiedzieć, że moje życie jest pasmem sukcesów, też mam za sobą trudne doświadczenia. Jeszcze niedawno byłam szczęśliwą mężatką, a mąż po 8 latach małżeństwa wybrał sobie inną, młodszą, zdrowszą. To było dla mnie ogromne nieszczęście, bo wciąż bardzo kocham swojego męża. Straciłam coś, co było dla mnie bardzo ważne. Przeżyłam jednak bardzo szczęśliwe lata, za co jestem mu wdzięczna. Nie jestem mu wdzięczna tylko za to co zrobił. Dziś wiem, że uzależnianie szczęścia od innego człowieka jest czymś zawodnym. Drugi człowiek jest zagadką. I obojętnie jaki jest, to jest zawsze wolny człowiek. I to są jego wybory.


Zdradę można wymazać z pamięci?

J.O.: Tego, co się stało, nie potrafię wyrzucić z pamięci. Ale staram się przetworzyć tak, żeby psychicznie umocniło mnie przed cierpieniem. Nikomu nie życzę tak trudnego doświadczenia. Muszę jednak przez nie przejść. Miałabym się zabić z tego powodu? Żyć byle jak? To bez sensu. Trzeba się starać żyć jak najpiękniej w takich okolicznościach, jakie są. Mam świadomość przemijania i żal mi każdej zmarnowanej minuty.


Nie kusi Pani żeby powiedzieć „stop”? Może czas odpocząć?

J.O.: Kusi, ale z drugiej strony w tej intensywności życia jest coś fascynującego. Mam w sobie już na tyle dużo egoizmu, zwłaszcza teraz, żeby powiedzieć „nie”. Mówię na przykład, że nie mogę być w poniedziałek od rana w biurze, przyjdę po południu, ponieważ mam rehabilitację. To jest taki pozytywny egoizm. Im dłużej zachowam kondycję, tym dłużej będę mogła pracować i pomagać innym. Długo nie potrafiłam odpuścić, a teraz się tego uczę. Zdaje sobie sprawę, że z moim zdrowiem fizycznym będzie coraz gorzej. Już nie potrafię wejść na Turbacz czy tak jak dawniej zbiegać po trzy schody naraz.


Nie ogarnia Pani strach, że kiedyś usiądzie i nie wstanie, bo kręgosłup tych obciążeń nie wytrzyma?

J.O.: Bardziej niż kręgosłup dokuczają mi teraz barki i kolano, właściwie cały czas chodzę z bólem. Myślałam, że to będzie psychicznie łatwiejsze. Odkąd coraz trudniej mi się poruszać, strasznie mnie to denerwuje. Pewnie, że kiedyś nie wstanę. Chciałabym jednak się do tego przygotować, nie przeżyć załamania. Już dziś myślę, jak przeorganizować wszystko, żeby było możliwe życie na wózku. Na pewno będziemy musieli zmienić biuro, bo do tego przy Szpitalnej w Warszawie za nic w świecie na wózku nie wjadę, a nikt nie będzie mnie nosił.


Chyba, że zdarzy się cud?

J.O.: Cuda się zdarzają. Kiedy beatyfikowano Ojca Świętego, byłam akurat w Sudanie Południowym. Mam świadomość, że on mi pomoże. Nie wiem w czym, jak i nawet nie chcę sobie tego wyobrażać. Może przestanie mnie boleć kolano, a może właśnie siądę na tym wózku, ale będę miała mieszkanie, do którego będę mogła wjechać. Też dobrze.


Panu Bogu nie stawia się żadnych warunków?

J.O.: Nie, bo On spełnia nasze życzenia, tylko coś trzeba zrobić w tym kierunku. Jeżeli ktoś czeka z założonymi rękami, to można tak czekać całe życie.


Źródło: Na podst. artykułu: "Misja: życie"; gazeta Viva, Lipiec 2011r.; rozmowę przeprowadziła Elżbieta Pawełek.

Dodaj do:

naszaklasa    Digg    twitter    Facebook    Wykop    Gwar
 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

© 2010 Redakcja wortalu TajemnicaMilosci.pl

Janina Ochojska - bohater na wózku inwalidzkim - TajemnicaMilosci.pl - mapa odkrywania prawdziwego szczęścia i pokoju serca